www.hukor.tk Home

Łezka w oku babci

Babcie są malutkie. Mają pasiaste sweterki i kropkowane bluzeczki. I chusteczki w kwiatki. Mają szklane oczy rozmyte astygmatyzmem i sękate palce. Malutkie skarpetki, malutkie parciane buciki i wiklinowy koszyczek na zakupy. Babcie są leciutkie i lubią biały ser z miętą. Popijają herbatkę w przezroczystych białych szklankach na szklanych spodeczkach i stukają metalowymi łyżeczkami. Strzepują okruszki z ceratowych obrusów. Babcie boją się chuliganów i nie rozumieją telewizji. Pilnują przez okno czy truskawki ładnie rosną. Babcie wzdychają i chcą żeby było dobrze. Wycierają nóż po dżemie w fartuszek.

Babcie dolewają soku do herbaty i kładą kołdrę na trawie.Stroją się przed lustrem i noszą wszystko o rozmiar za duże. Babcie kochają wnuczki i wnuczków. Siedzą przy oknach. I klepią się po zmarszczkach. Wieczorem modlą się przez malutkie usta. Babcie szurają butami i noszą brzydkie kamizelki. Bolą je nogi i serce. Mają łyżki do butów i metalowe naparstki z dziurkami. Jedzą ciasto łyżeczką. Babcie są śmieszne i wszystko rozumieją.

O oblizywaniu się do lustra

Lekcje religii w podstawówce jednak wnoszą coś ważnego do rozwoju człowieka,  a dokładniej siedem grzechów głównych. Nieszczególnie umiem sobie wyobrazić przy konfesjonale osobę, która spowiada się z leżenia do góry brzuchem przez cały dzień, albo z obżarstwa na weselu. Gdy byłam dzieckiem to notorycznie zastanawiałam się czy ludzie grubi powinni częściej chodzić do spowiedzi. Dalej jest to dla mnie niejasne, skoro nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest uznawane grzech. Ale do rzeczy: nauki kościoła przychodzą nam z nieodzowną pomocą w kwestii takiej, jak efektywnie wykorzystywać bliźniego.

Pycha - to przede wszystkim peccatum kapitalne, czyli tatuś i mamusia innych grzechów. Ile zdrad, oszustw, niegodziwości człowiek jest w stanie popełnić pod wpływem komplementu… Prawdopodobnie więcej, niż pod groźbą rozstrzelania. Znamienne jest to, że ten, kto nas chwali i podziwia jest zawsze dobry i mądry (jeśli nie wspaniały). Kto by w głębi duszy nie chciał mieć u swego boku osobę, która byłaby niczym nastawiona na wieczność katarynka z pochlebstwami? Ostatecznie zakochujemy się w tych, w którzy umieją nas przekonać do własnej wyjątkowości. Bez próżności stosunki damsko-męskie byłyby ogólnie niemożliwe.

W przypadku intelektualistów zręczny podliz, który ma odnieść skutek nie może być wulgarny, trzeba działać sposobem i nie wprost. Wykształconemu człowiekowi nie powiemy „jesteś taki dobry, pożycz mi pieniądze”. Trzeba rozwinąć cały wachlarz subtelnych środków, jak „powiedziałbym ci o mej rozpaczliwej sytuacji, ale zbyt lękam się, iż z dobroci serca sam wpadniesz dla mnie w tarapaty, ble, ble”. Spryt jednego, a pycha drugiego jest gwarancją powodzenia wszelkiego przedsięwzięcia, przy czym każda ze stron będzie zadowolona.

Bardzo zabawnym zjawiskiem jest próżny mężczyzna (jak to napisał d’Arthez do Ewy o jej bracie Lucjanie w „Cierpieniach Wynalazcy”: „Jest to, niech mi Pani pozwoli powiedzieć, kobieciątko, które lubi błyszczeć”). Próżność kobieca jest dobrze znana i omówiona steki razy. Wszystkie reguły dżentelmeństwa zostały w gruncie rzeczy obmyślane tak, aby jej nie urazić. Dlatego też owiele ciekawszy jest mężczyzna, który na przykład pragnie uchodzić za pięknego i zdolnego, a w żadnym wypadku nie jest. Podstawowym (i jedynym) jego orężem będzie słowo. Mężczyźni, którzy się przechwalają ku własnej zgubie uważają za mądre kobiety te, które im wierzą bądź tylko udają,  a za głupie i płytkie te, które się z nich śmieją, podczas gdy jest zupełnie odwrotnie.

Oczywiście nie tylko ludzie urodziwi i mądrzy rozkoszują się sami sobą. Próżny może być brzydal, imbecyl, czy biedak. Co jest ewenementem – niska samoocena wcale nie przeszkadza w pysze. U pewnego człowieka, którego poznałam trudno jest stwierdzić, co jest jego prawdziwym stanem – rój kompleksów, czy rozpierająca go duma, która przeziera z każdej wypowiedzi. Osobiście za każdym razem dębieję ze zdumienia na tę mieszankę. Strzeżcie się, gdy ktoś w ciągu kwadransa mówi „Jestem bardzo wrażliwy” łącznie z „Znam swoją wartość”, albo co gorsza raz, a bez ogródek: „tak już w życiu głupio robię, że jestem bardzo dobry dla innych.”

Jedna rzecz mi się nadzwyczaj ostatnio spodobała, a wyczytałam ją w Niedzieli, w wykładzie ks. Antoniego Tatary. Księdzu chodziło o to, że człowiek pyszny to taki, który nie umie przeprosić, prosić, ani przyjmować, bo powstrzymuje go przed tym zagięta w niewłaściwą stronę duma.

Bałagan sentymentalny

„Dom idealny” to nazwa współczesnej nerwicy. A remont przeprowadzany pod wpływem tego ostrego zespołu schorzeń przypomina kwarantannę. Co może być bardziej obrzydliwego od mieszkania świeżo pachnącego farbą i plastikiem? Dziwnym sposobem ten stan nowości jest dla wielu ludzi bardzo pociągający. W dezynfekcji wnętrza z jego własnego wnętrza odnajdują pewną lubość, która uruchamia iście inkwizycyjny instynkt. Dochodzi do krwawego rozrachunku z przeszłością – to co zdążyło się nazbierać przez lata codziennego życia, bezwzględnie trafia przed trybunał, który rozsądza: „przyda się, czy się nie przyda?”. Przedmioty, które nie przedstawiają użytkowej wartości trafiają do kosza jako śmiecie. Mieszkanie ma być jasne, puste, zagospodarowane w każdym skrawku, jak biuro, albo szpital. Współczesna mieszkaniowa moda nie sprzyja sentymentalizmowi – nakazuje wyrzucać, rozsądnie zagospodarowywać, odgracać. Kreuje nowy typ człowieka. Wierzy on święcie, że dom jest jego wizytówką, a nie domem.

Osobiście dostaję gęsięj skórki na myśl o miejscach, w których człowiek, postawiwszy stopę na podłodze się czuje jak karaluch, gdzie na kremowo-białych lśniących blatach nie ma nawet plamki. Gdyby szukać miejsca, która najpełniej realizuje ten ideał sterylności, to najprawdopodobniej najczyściej jest w domach pogrzebowych. Oczyszczone z życia pomieszczenia, w których nawet książka jest z rozmysłem porzucona na stole są do nich podobne, bo eliminują chaos i związaną z nim przypadkowość. Nieład oznacza, że coś trwa, a planowość, że wszystko zostało uporządkowane i można spokojnie umierać we śnie, z porządkiem w szufladzie.

Jeśli przyjmiemy, że dom jest przestrzenią prywatną, a ta pewnym odzwierciedleniem życia wewnętrznego, to moda na minimalizm wydaje się być autodestrukcyjna. To jakiś horror mieszkać w miejscu, w którym się jest rozliczanym z każdego papierka, każdego niepotrzebnego pipsztyka kupionego na straganie we Władysławowie. Gdzie każda najmniejsza rzecz ma swoje miejsce jak w wojsku. Żurnale z mieszkaniową modą są jak Hitler z Obi.

Człowiek sentymentalny jest skazany na bałagan. Na sterty zeszytów ze szkoły podstawowej czy skrawki papieru, na których ktoś coś kiedyś napisał. Łatwość w wyrzucaniu takich pamiątek zawsze mnie zdumiewała. Dom, w którym nie ma takich rzeczy jest domem bez przeszłości, czymś w sam raz dla cyborga, który się nie rozczula.

List do złodzieja

Znowu zasnęłam z kluczami w drzwiach na klatce. Tym razem ich tam rano nie było. Laptop pod pachę, biżuteria do torebki, a płty DVD do reklamówki - o, takiego! (Gest kozakiewicza)
Brudna bielizna - zostaje, niech sobie pogrzebią.
Śmiecie - proszę bardzo. Niech szukąją odcinków z numerami kont bankowych, gdy w środku sam ogryzki i kubeczki po jogurtach.
Pozostaje napisać list.

"Drogi złodzieju
W moim domu nie znajdziesz niczego wartościowego. Wiem, że wyjąłeś klucze, które zostawiłam na klatce i liczyłeś pewnie, że złapałeś byka za złote rogi. Odczekałeś aż wyjdę do pracy i sądziłeś, że za to, co tutaj posiadam zafundujesz sobie, a może także żonie i dzieciom, wycieczkę w Hiszpanii. Prawdopodobnie Twój kompan w tym momencie klnie na całe gardło i nazywa Cię idiotą.
Wiedz, że mój chłopak jest policjantem, do tego pracoholikiem z chorą pasją do tego zawodu i najprawdopodobniej jeszcze dziś wieczorem pojawi się tu i będzie do rana zbierał odciski palców, przez co nie pójdziemy dziś do kina, natomiast Ty pójdziesz do więzienia.
Po drugie zamki wymienię natychmiast, więc nie masz co liczyć, że wpadniesz innym razem, gdy przyniosę więcej rzeczy.
Ponieważ, jak sam widzisz, nie może być w tej sytuacji dla Ciebie żadnej możliwej korzyści, proszę odłóż klucze na stoliku w kuchni, chociaż ogarnij ten bałagan, który zrobiłeś ze swoim kolegą i opuść moje mieszkanie natychmiast.
Sylwia"


List włożyłam do sekretarzyka. Objuczona tobołami i z miotającą się u nóg psiną wychodzę. Przypomniałam sobie jeszcze o butach, które kupiłam przedwczoraj. Postanawiam je zapakować. Schylam się, a klucze się znajdują. 

L'hopital

Szpital służy do przedłużania życia, ale na wszelki wypadek pamięta się także o kaplicy. W szpitalu przy Al. Kraśnickich jest dyskretnie schowana na minus pierwszym piętrze. Na tym samym poziomie znajduje bar i salon fryzjerski. Do segmentu prowadzą przeszklone drzwi, na których jest przylepiona strzałka, która informuje, że do fryzjera i do kaplicy idzie się w tę samą stronę. Barek trudniej znaleźć. Jeśli ktoś chce zrobić sobie manikiur, albo zamówić frytki może omyłkowo trafić do pomieszczenia gdzie ktoś cały we łzach żegna się z bliską osobą, albo zabłądzić w korytarzach, gdzie unosi się woń stołówki: palony tłuszcz, smażone mięso, gotowana kapusta, może jakaś cebulka.

Na parkingu stoi budka ze strażnikiem, który pobiera opłaty. Placu strzeże z każdej strony szlaban. Innego miejsca, aby zostawić samochód nie ma. Upiorny bladoniebieski budynek wygląda, jakby był w całości ułożony z łazienkowych, śliskich kafelków. Dzieli się na niezliczoną ilość pięter i bloków. Poszczególne części szpitala są zlepione łącznikami. To przejścia pomiędzy światami poszczególnych chorych: neurologia, gastrologia, nefrologia, ortopedia, choroby zakaźne, urazy – to wszystko zespoły pomieszczeń, które grupują ludzi wedle ich dolegliwości. Hole są wyłożone płytkami PCV, prawdopodobnie tymi samymi od kilkudziesięciu lat. Przez stare okna do sal swobodnie dostaje się zimno i wiatr. Na każdym oddziale stoi rodzaj recepcji, a za nią tajemnicze drzwi z napisem „pokój socjalny”. Jak na ogromną tak ilość ludzi ukrytych w bocznych pokoikach jest przerażająco cicho.

Największy ruch panuje na parterze szpitala. Tam jest mnóstwo sklepików, które oferują rozmaite artykuły po zbójeckich cenach: ciapy, które można kupić na targu za pięć złotych tam kosztują ponad dwadzieścia, najpospolitszy szlafrok – ponad sto. Zza witryn spoglądają podświetlone ciasta – kremowe, orzechowe, posypane czekoladą, z nierówną powierzchnią wytłoczoną migdałami i wyświecone galaretką. Są kosmetyki, perfumy, książki. W salonie piękności można zrobić hennę brwi. Zadbane babcie w zwykłych ubraniach spacerują pomiędzy kramikami. Że są kuracjuszkami szpitala zdradzają tylko założone na opuchnięte nogi ciapy.

Poziom minus pierwszy jest najbardziej tajemniczy. Niewiele tam ogólnie dostępnych pomieszczeń, więc oszczędza się na świetle. Jest też ciaśniej, niż na piętrach, a większość drzwi jest pozamykana. Trudno tam spotkać żywego ducha. Choć wyczuwa się, że jest to teren po części zakazany, nikt go nie pilnuje. Podziemie w ogóle nie przypomina szpitala. W pewnym momencie krajobraz charakterystyczny dla instytucji (malowane farbą olejną ściany, brak detali, rzędy drzwi) zamienia się w magazyn z przedziwnymi białymi kaflami i ogromnymi rurami. Jak informuje karteczka umieszczona przy windzie: na minus pierwszym można bezpłatnie skorzystać z Internetu.

Winda rozwozi lekarzy, pacjentów i ich rodziny pomiędzy światami poszczególnych chorób. W każdym bloku na niebieskiej tablicy znajduje się rozpiska co jest leczone na którym piętrze. Na kontrolce przycisków w windzie, pod dwoma rzędami kwadratowych, metalicznych guzików znajduje się obowiązkowo malutki, absurdalny zameczek. Jeśli lekarz włoży do niego kluczyk i wciśnie przycisk: „jazda specjalna”, a następnie numer piętra, to wszystkie inne kursy zostają anulowane i pasażerowie chcąc, nie chcąc jadą we wskazane miejsce. Wymyślono to prawdopodobnie jako ułatwienie w niesieniu pomocy w nagłych przypadkach

Każde piętro ma swój przedsionek. Stoją tam krzesełka, stolik, czasem automat z kawą. To strefa wolna od choroby. Panuje atmosfera bezpieczeństwa i dlatego pacjenci jeśli tylko mają wybór, to wolą tam rozmawiać z rodzinami. Szpitalne oddziały mają bardzo podobną architekturę – centralny korytarz, a po bokach sale z chorymi. Ten model komunikacji zakłada czekanie. Czy to pielęgniarka, czy to ordynator, czy salowa – każda z tych osób odwiedza wszystkie pomieszczenia w porządku od początku do końca. Dzwonki służące do przywoływania pomocy są nieskuteczne. Kolejka dotyczy jednakowo wszelkich spraw – zakrztuszeń, potrzeb fizjologicznych, fanaberii czy gwałtownych pogorszeń. Dzwonki rozlegają się rzadko.

Wszystkie sale zakładają leżenie. Nieliczne krzesła, ustawione przy łóżkach raczej służą pomocniczo. Łóżka natomiast są specyficzne – materac jest otoczony metalowymi zaporami, aby chory w czasie snu nie spadł na podłogę. Można je bez problemu wyjąć, a wtedy jednym pociągnięciem ręki sanitariusza można przetransportować schorowane ciało na nosze. Niebywale funkcjonalna metalowa krata wydaje jednak upiorne jęki.

Na łóżkach leżą głównie ludzie starzy. Niektórzy się prawie wcale nie poruszają. Większość w ciągu dnia znajduje sobie jakieś rozrywki – ogląda telewizję, chodzi na parter popatrzeć na sklepowe wystawy, spaceruje po holu i ogląda innych chorych. Wizyta rodziny należy do rzadkości. Spektakularny widok starca otoczonego wianuszkiem nachylonych osób trwa krótko i zazwyczaj się nie powtarza. Nie dziwi to, ponieważ panuje zaduch, a w powietrzu nierzadko unosi się woń potu i ekskrementów. Czasem subtelna, w innych wypadkach całkiem świeża. Blade twarze chorych dramatycznie podkreślone bielą pościeli zdradzają rezygnację. Zastygają w uśpieniu lub za pomocą chciwych oczu wypatrują najmniejszego ruchu. Znakomita większość tych obliczy przypomina żywe trupki. Zastałe powietrze powoduje, że skóra żółknie, a przymus czekania na wszystko sprawia, że chorym w znużeniu opadają powieki i wyglądają jakby już skonali. Trudno ocenić kto z nich śpi.



Trup w mokasynach

Gdyby nie dziwna obsesja pigmentu prawdopodobnie by dzisiaj żył – czarny i zdrowy. Człowiek, który nie akceptował swojej ciemnej skóry, mięsistego nosa, kręconych włosów i wydatnych warg, absurdalnym sposobem stał się symbolem, no właśnie, czego? Podobno w sprawie równouprawnienia czarnoskórych uczynił tyle, co Martin Luter King. Wylansował przebój głoszący, że „it doesn’t master if you’re black or white!”, a sam jednocześnie rozpadał się na oczach milionów ludzi na całym świecie, bo za bardzo pragnął być white. Skalpel był dla niego Ace na własne geny. Nie zdążył się jeszcze dobrze rozłożyć w pamięci zbiorowej i osiągnąć bardziej wysublimowanej formy istnienia, a jego trup został wywleczony i poddany mumifikacji w postaci filmu. Ponieważ nie odczekano, aż nieszczęsne, umęczone i wybielone ciało zdąży wyzionąć ducha, „This Is It” jest właśnie filmem o trupie. W sferze medialnej Michael Jackson zdradza wiele podobieństw do Jana Pawła II.

A nawet do Chrystusa. We wspomnianym filmie jest łagodny, cierpliwy, delikatny i notorycznie pozdrawia swoich uczniów - tancerzy i muzyków - słowami „God bless you”. Jest także straszliwie smutny, poważny i jakiś odległy (to zabójcza mieszanka, ta dobroć i nieziemska melancholia). Jak apostoł pokoju niesie przesłanie o koncercie, do którego w pocie czoła trenuje – tymi, którzy przyjdą kierujr eskapizm; chcą się wylogować na chwilę z tego podłego, przepojonego przemocą i kultem pieniądza świata i zaznać czegoś lepszego. Trzeba zatem pokazać im coś, czego nie widzieli, a materią tego zbawczego widowiska ma być miłość – tłumaczy „MJ”, a wszyscy trzymają się za ręce.

Trup, powstały z martwych, tańczy, łapie się za krocze i nie rezygnuje ze swojego krzykliwego, błyszczącego stylu. Nosi złote, za krótkie spodnie, skóry, flek i białe skarpetki. Rusza się dokładnie tak zwinnie, jak w czasach świetności, chociaż ma już pięćdziesiątkę na karku i chociaż, na zdrowy rozum, gdzieś pomiędzy jednym wygibasem a drugim, musiał być w stanie agonii, skoro niewiele później odszedł z tego świata.
Mroczna tajemnica związana z jego śmiercią upodabnia go do Marylin Monroe. Fantastyczna instytucja popkultury, czyli Niewyjaśniony Zgon, odwraca uwagę od czegoś tak nieestetycznego i pospolitego, jak fakt zejścia. Wprowadza natomiast element podniosłości i – magii. Chrystusa zamordowano. Kennedy’ego zamordowano. Ukatrupiony został 2 Pac i John Lennon. Trudno, aby król popu zmarł z własnej nieprzymuszonej woli, aby ktoś nie dokonał na tak wielkiej postaci podstępnego mordu. Jego fani wykryli spisek i wszczęli przeciwko filmowi kampanię, w której udowadniają, że Michael Jackson został – przynajmniej pośrednio – zgładzony celową biernością swojego najbliższego otoczenia, które chciało na nim zarobić.

Z filmu „This Is It” sączy się podejrzana ilość ciepła przy kompletnym braku jakichkolwiek ku temu przesłanek. Cóż tam właściwie jest? Piruety, podskoki i najsłynniejsze songi gwiazdora, które wykonuje na żywo, ćwicząc do wielkiego występu. Trochę ujęć technicznych i dużo, dużo obrazów zapierających dech w piersiach efektów, których nikt, wskutek tej właśnie wysoce problematycznej śmierci, nie zobaczy. Żadnej prywatności. Żadnej żywszej emocji. A przecież mamy do czynienia z, jak to mawiają filozofowie chrześcijańscy, osobą ludzką. Tymczasem, nim się połapiemy, wpadamy raz dwa w pułapkę najzwyklejszej empatii dla tego dziwnie delikatnego, schowanego za ciemnymi okularami osobnika. Zapominając, że mamy do czynienia nie z nim samym, ale z trupem w czasie renowacji.

Naturalnie próżno doszukiwać się jego rozkładającego się nosa. Bliskich ujęć jest niewiele, a gdy się jakieś przytrafią, pokazują genialnie gładką, bielutką skórę z symbolicznym śladem zarostu nad górną wargą, który wprowadza męski pierwiastek w ocean niejasnej seksualności. Tego, co się kryje w naciągniętych skalpelem do kształtu migdałów, obrysowanych czarną kredką, wiecznie zdziwionych oczach też się nie dowiemy. Pośmiertna maska przylega do martwego Jacksona lepiej, niż ciało za życia. Trupek się wyemancypował z ludzkich ograniczeń i rozpoczyna tournee z zaświatów.

Podsłuchane/podejrzane - Koleżanki

W kawiarni siedzą dwie młode kobiety. Pchnie papierosami i perfumami.
- Nie sądzę kochanie – wyrokuje blondynka. Zerka przez ramię. Okrągła, dobrze ukrwiona twarz i pucołowate policzki. Proste, czarne brwi, zupełnie nie pasujące do złotych loczków.
Wstaje i rzuca na odchodnym: - Myślę, że po prostu miał do ciebie interes. Mężczyźni nie są mili bez powodu.
Wędruje do toalety. Korpus wyraźnie dłuższy od nóg. Wystający brzuch i wypięty tyłek. Porusza się niezgrabnym, ciężkim krokiem. Z ciała dziewczyny, które lada moment stanie się ciałem baby bije jakaś wywodząca się z prymitywizmu witalność. Odwróciło się za nią kilka głów.
Przy stoliku została niepozorna, mysia szatynka. Za duży nos, za chude palce, karykaturalnie zredukowana i cofnięta broda. Wielkie, okrągłe czoło. Jedyną ozdobą ziemistej skóry bez śladu rumieńca są zachwycająco wyraziste oczy. Mamle łyżeczką w ciastku. Brązowo kremowa porcja trafia do ust maleńkich i ściśniętych. Na przemian je i wzdycha. Koleżanka wraca i z nadwyżką ją zasłania.
- Zjadłam dzisiaj dwie kanapki z serem i jogurt. Odchudzam się do spodni. Wprawdzie wszyscy mi mówią, że nie muszę, ale to tylko tak, żeby się lepiej czuć – na dowód poklepała się po biuście.
- Nie musisz – stęknięcie jak echo wydobyło się z chudej szatynki.
- No…ty to byś mogła trochę przybrać dla odmiany – ręka blondyny nadal spoczywa na piersi wypiętej dumnie jak trofeum. Świdruje przyjaciółkę ledwie widocznym oczkiem. Na górnej powiece powoli odkłada jej się tłuszczyk. Aktualnie twarz ma bezczelny, kaukaski wyraz.
Zapada cisza. Szatynka dla odmiany się garbi. Krzyżuje ręce na miejscu, gdzie powinien się znajdować biust, a gdzie biegną kolorowe pasy na sweterku. Na wielkim czole tworzą się błyskawicznie, jedna po drugiej, zmarszczki.
Złotowłosa Jagna uświadamia sobie powoli, że czymś swoją koleżankę uraziła. W ciemnych zakamarkach świadomości zaczyna świtać coś na kształt wrażliwości. Szuka rozpaczliwie jakiegoś słówka, które by wprowadziło trochę wesołości w niemiłą atmosferę. Bitwę myśli odzwierciedla dłubiący w przednich zębach język. Znalazła. Dłubanina ustaje. Przez okno kawiarni wpada, łagodne, szare, słoneczne światło. Robi się jakby cieplej, w całym pomieszczeniu zapada intymna atmosfera.
- Słuchaj, nie martw się, mnie się robią kurze łapki – i przysuwa twarz do zmarszczonego jak zeschnięte jabłko oblicza przyjaciółki.
Mysia szatynka, po raz wtóry nazwana w swojej brzydocie, zdobywa się na heroizm. – Ale tego wcale nie widać. Bardzo ładnie wyglądasz – odpowiada.
Blondyna rozpromieniona. Zarzuca grzywą do tyłu. Z jej gardła rozbrzmiewa krótkie, uwodzicielskie „ha, ha”. Wyprostowała się, wypięła i pełnym głosem rzekła: - Twoich też w zasadzie nie widać. Może trochę na czole. Ale poza tym, może być.

Przytulanie

Dziwactwa, po prostu dziwactwa, a w dodatku jedno za drugim.

Pani w skarpetach na buty. Długi, kobaltowy płaszcz. Kok na głowie i dwa blade, podtopionie w słomkowych białkach, nierówne z powodu astygmatyzmu krążki. Patrząc w jej oczy nie sposób nie pomyśleć o żółtaczce. Ręce z widocznymi żyłami, widocznie wielokrotnie się kąpały w najtańszych płynach do mycia naczyń. Biały nalot na naskórku i wygryzione, byle jak powbijane w opuszki palców paznokcie. Były to dłonie osoby, która się nie oszczędza, a zimą nie nosi nawet rękawiczek. Zaciskała je na przetartej na biało reklamówce – wstrętnej, brudnej, z gołą babą i chyba z lat dziewięćdziesiątych. Nagle ta kobieta, nie wiadomo czy pijaczka, czy zaniedbana pani domu przypuściła atak – Gdzie moje dwadzieścia dwa deko wędliny?

Sklep był mały, wręcz intymny. Ekspedientki milczały z minami sfinksów. Albo uważały, że baba jest szalona, albo że ja jej naprawdę ukradłam wędlinę. Z sekundy na sekundę robiło się coraz bardziej niezręcznie. Oskarżenie o jakąś małą, podłą kradzież nawet najporządniejszej osoby, choćby to był sam papież, zawsze niesie posmak sensacji napędzanej nadzieją, że a może uda się zaraz zdemaskować czyjąś nikczemność. Wiadomo, że nie ma lepszego moralnego pokrzepienia dla człowieka, niż przyłapanie bliźniego na złym uczynku. Ucichły odgłosy gmerania na półkach. Ja krok, ona krok. Dreptała tak za mną z nieustępliwością i nachalnością, jakaś coraz bardziej wczepiona. Szturchnęła mnie w ramię i natrętnie znowu zapytała – Co z tą wędliną?

W takich sytuacjach i złodziej, i niewinny robią to samo. Wyszłam, a baba w skarpetach za mną. W wyrazie jej twarzy do uprzedniej determinacji dołączyło jakieś dziwne, wręcz nastoletnie onieśmielenie. Była czymś ewidentnie uwiedziona. Ruszyłyśmy gęsiego w kierunku przeciwnym do mojego domu, wzdłuż słabo oświetlonej, częściowo przebudowywanej uliczki.

Tym, co mnie od niej odgradzało, że nie miała ostatecznej odwagi się zbliżyć, była moja normalność. Ona się jej bała. Ostrze tak zwanej zdrowej osoby utrzymywało ją, wariatkę na odległość kilku kroków. Ale wieczorem, bez śladu żywego ducha, te dwie kategorie łatwo się mieszają. Noc to dobra pora dla wariata, który przez cały dzień jest w defensywie. W stosunku osobowym jeden do jednego to była kwestia kilku chwil nim ona to pojmie i nabierze śmiałości. I im bardziej stawała się uświadomiona, tym mniej ja szłam, a więcej uciekałam. Chodnik chwilami znikał pod stopami zamieniając się w lepkie grzęzawisko. Przez brzydkie, brunatne, śniegowe błoto goniła mnie. Nie miała zamiaru odpuścić, ta pogoń wyraźnie wzbudziła w niej jakieś pierwotne instynkty. Zrobiłyśmy koło. Nieopodal tego samego sklepu wreszcie wygrała - mnie ubyło, jej przybyło, bo ona, w pojedynkę w swojej głowie, była samowystarczalna, a ja dla bezpieczeństwa potrzebowałam innych ludzi.

Przełknęła katar, puściła reklamówkę i zaczęła się z tyłu na mnie wieszać. Z ust pachniało jej świeżo zjedzoną szynką. Przylepiona do moich pleców otoczyła mnie rękami. Ale nie żeby dusić, tylko ściskać. Westchnęła przy tym tak, że aż nią zarzucało. Po chwili złapała swoją siatkę i zwyczajnie uciekła.

Powstaje nowy superoes w Kurytybie

Organizatorzy Rajdu Kurytyby chcąc efektowanie zakończyć zmagania podczas drugiej rundy IRC rozpoczęli budowę nowego superoesu. Nowy tor jest budowany w pobliżu Autodromo Internacional de Curitiba i...

Meeke testuje przed Rajdem Kurytyby

Mistrz serii IRC, Kris Meeke, odbędzie czterodniowe testy Peugeota 207 S2000 na szutrowych odcinkach we Francji. Testy mają przygotować Brytyjczyka do startu w Rajdzie Kurytyby. 30-latek wygrał w...

Loix poprowadzi Fabię S2000

Freddy Loix dzięki wsparciu firmy BFO Family Ofice, zaliczy w tym sezonie kilka startów za kierownica Skody Fabii S2000. Nowy zespół BFO-Skoda Rally Team postanowił zatrudnić Loixa opierając się na...

Grondal wystartuje Imprezą N2010 w PCWRC

Anders Grondal wystartuje w tym roku za kierownicą Subaru Imprezy N2010 z Prodrive w cyklu PCWRC. Norweg rozpocznie sezon od Rajdu Szwedzkiego, gdzie Prodrive przywiezie także Imprezę WRC dla Madsa...

Michał Kościuszko gościem Testosteronu 2010

Michał Kościuszko, aktualny wicemistrz świata w klasyfikacji Junior WRC będzie gościem Testosteronu 2010, który już jutro rozpoczyna się w katowickim Spodku. Krakowski kierowca, który w tym roku...

Loeb, Hirvonen i inni komentują przed Rajdem Szwedzkim

Rajd Szwedzki otwierający sezon WRC 2010 startuje już w przyszły weekend, dlatego warto sprawdzić co przed sezonem mają do powiedzenia najlepsi zawodnicy mistrzostw.

01
 
www.hukor.tk